Nie odkładaj życia na później. O tym, czego uczą nas pożegnania

23 września. Pierwszy dzień jesieni.

Dzień, w którym lato oficjalnie staje się wspomnieniem. W tym roku także dzień pożegnania.

Dziś odbył się pogrzeb mojej babci.

Nie znałam jej dobrze. Ona właściwie też nie znała mnie. I być może właśnie dlatego to pożegnanie uruchomiło we mnie tak wiele myśli.

Bo czasami, kiedy umiera człowiek, nie opłakujemy wyłącznie tego, co straciliśmy.

Opłakujemy również to, czego nigdy nie zdążyliśmy mieć.

Czasami żegnamy również straconą możliwość

Byłam ciekawa swojej babci.

Nie dlatego, że łączyła nas szczególnie bliska relacja. Właśnie dlatego, że jej nie było.

Była częścią mojej historii. Mojego drzewa genealogicznego. Kimś, kto żył przede mną i bez kogo — w najbardziej dosłownym znaczeniu — nie byłoby mnie.

Kiedy siedziałam obok taty w kaplicy i patrzyłam na ciało babci, pomyślałam o czymś banalnie prostym:

ona była jego mamą. A on jest moim tatą.

I nagle zobaczyłam tę niewidzialną nić łączącą ludzi przez pokolenia.

Patrzyłam na tatę i myślałam, że kiedyś był jej małym dzieckiem. Że nosiła go na rękach. Że był od niej całkowicie zależny. Że później dorósł, został ojcem, a ja zostałam jego córką.

Potem pojawiła się moja córka.

Ktoś odchodzi. Ktoś przychodzi.

Pokolenia przesuwają się o jedno miejsce.

I nagle człowiek zaczyna rozumieć, że życie naprawdę nie stoi w miejscu.

Wydaje nam się, że mamy czas

To chyba jedno z największych złudzeń, w jakich żyjemy.

Wiemy, że ludzie umierają. Wiemy, że się starzejemy. Wiemy, że dzieci dorastają, rodzice mają coraz więcej zmarszczek, a pewnych chwil nie da się przeżyć drugi raz.

A jednak na co dzień zachowujemy się tak, jakby czasu było nieskończenie dużo.

Zadzwonię jutro.

Odwiedzę, jak będzie spokojniej.

Powiem mu kiedyś, że było mi przykro.

Przeproszę, kiedy emocje opadną.

Zapytam mamę o jej młodość następnym razem.

Pojadę tam za rok.

Zacznę robić to, czego naprawdę chcę, kiedy życie wreszcie się poukłada.

Tylko że życie nie ma obowiązku dawać nam „następnego razu”.

I nie chodzi o to, żeby od dzisiaj żyć w strachu, że ktoś umrze.

Wręcz przeciwnie.

Świadomość końca nie musi odbierać nam radości z życia. Może sprawić, że wreszcie zaczniemy być w nim naprawdę obecni.

Nie każdą relację trzeba naprawić

Śmierć łatwo romantyzować.

Nagle zmarły staje się idealny. Złe wspomnienia wydają się czymś, o czym nie wypada mówić. Pojawia się presja przebaczenia, pogodzenia się ze wszystkim, wymazania krzywd.

Nie wierzę w takie podejście.

Są rzeczy, których nie trzeba wybaczać.

Są relacje, do których nie należy wracać.

Są granice, które czasami ratują człowieka.

Nie każda rodzina jest bliska tylko dlatego, że łączą ją więzy krwi. Nie każdą historię można zakończyć uściskiem i słowami: „zapomnijmy o wszystkim”.

Ale pomiędzy krzywdą, przed którą trzeba się chronić, a wieloletnim milczeniem z powodu dumy, niedopowiedzenia czy jednej kłótni istnieje ogromna przestrzeń.

I czasem warto zadać sobie pytanie:

czy naprawdę chcę nieść to ze sobą dalej?

Nie dlatego, że trzeba być „lepszym człowiekiem”.

Dla siebie.

Można wybaczyć i nie wrócić.

Można zaakceptować i nadal zachować granice.

Można powiedzieć „przepraszam”, nie oczekując, że wszystko natychmiast będzie jak dawniej.

Można też uznać, że czegoś nie da się naprawić — i przestać każdego dnia prowadzić tę samą kłótnię we własnej głowie.

Ludzie nie muszą być idealni, żeby byli ważni

Im jestem starsza, tym bardziej widzę, że ludzie rzadko są tylko dobrzy albo tylko źli.

Rodzice popełniają błędy.

Dziadkowie mieli własne historie, traumy i ograniczenia, o których ich wnuki często nigdy się nie dowiedzą.

My również będziemy popełniać błędy.

Być może kiedyś nasze dzieci spojrzą na pewne nasze decyzje i pomyślą: „dlaczego zrobiłaś to właśnie tak?”.

Nie chodzi o usprawiedliwianie wszystkiego.

Chodzi o zrozumienie, że człowiek może nas zranić i jednocześnie pozostawić w naszym życiu coś dobrego. Możemy kogoś kochać i jednocześnie mieć do niego żal. Możemy tęsknić za kimś, z kim mieliśmy trudną relację. Możemy płakać po człowieku, którego prawie nie znaliśmy.

Relacje nie zawsze są logiczne.

Żałoba również nie jest.

Ostatecznie zostajemy w innych

Podczas tego pogrzebu bardzo mocno myślałam o pokoleniach.

O tym, ile ludzi musiało istnieć przede mną, żebym mogła siedzieć tego dnia w tej kaplicy.

Ile historii doprowadziło do mojego życia.

Ile z tych historii znam, a ile przepadło na zawsze.

Babcia odeszła, ale został mój tata.

Jestem ja.

Jest moja córka.

Być może mamy po niej jakiś gest. Rys twarzy. Sposób reagowania. Coś, czego nigdy nie połączymy właśnie z nią.

Może w tym znaczeniu człowiek nigdy nie znika całkowicie.

Zostajemy w opowieściach. W zdjęciach. W powiedzonkach powtarzanych przez kolejne pokolenia. W sposobie, w jaki ktoś nauczył nas kochać albo — czasami — w sposobie, w jaki postanowiliśmy kochać inaczej, ponieważ sami czegoś nie dostaliśmy.

Zostajemy nawet w decyzjach innych ludzi.

Czasami również w tym, że ktoś po naszym odejściu pomyśli:

chcę żyć inaczej.

A co, jeśli to właśnie jest ten moment?

Czekamy na życie zadziwiająco często.

Na więcej pieniędzy.

Na lepszą pracę.

Na spokojniejszy miesiąc.

Na moment, w którym dzieci podrosną.

Na wakacje.

Na poniedziałek.

Na styczeń.

Na odwagę.

Na pewność.

Na znak.

A przecież życie nie zacznie się, kiedy wszystko wreszcie będzie na swoim miejscu.

Ono już trwa.

Ten zwyczajny wtorek, którego nawet nie zapamiętasz, również jest twoim życiem.

Poranna kawa.

Rozmowa w samochodzie.

Dziecko, które po raz setny prosi, żeby na nie patrzeć.

Telefon od mamy, którego nie chce ci się odebrać.

Wieczór spędzony obok człowieka, którego obecność stała się tak oczywista, że prawie przestałeś ją zauważać.

To właśnie z takich rzeczy składa się życie.

Nie z samych wielkich momentów.

Najczęściej z tych zupełnie małych.

I dopiero kiedy któregoś z nich zabraknie, rozumiemy, jak wielki był naprawdę.

Nie bój się przemijania tak bardzo, żeby przegapić życie

Nie chcę po dzisiejszym dniu bardziej bać się śmierci.

Chcę bardziej pamiętać o życiu.

Nie chcę codziennie zastanawiać się, ile czasu zostało mnie albo ludziom, których kocham.

Chcę tylko trochę częściej przypominać sobie, że ten czas naprawdę ma wartość właśnie dlatego, że nie jest nieskończony.

Chcę mówić ludziom, że ich kocham, póki mogą to usłyszeć.

Pytać, póki mogą odpowiedzieć.

Robić zdjęcia, ale czasem odkładać telefon i po prostu patrzeć.

Przepraszać, kiedy wiem, że zawiniłam.

Nie pielęgnować latami urazy tylko dlatego, że trudno zrobić pierwszy krok.

A tam, gdzie pojednanie nie jest możliwe — pozwalać sobie odejść bez poczucia winy.

Chcę robić rzeczy, które mają dla mnie znaczenie, nawet jeśli nie mam pewności, dokąd mnie zaprowadzą.

Nie czekać całego życia na moment, w którym przestanę się bać.

Bo być może odwaga wcale nie polega na tym, że przestajemy się bać przemijania.

Może polega na tym, że wiemy, że wszystko kiedyś minie — i mimo tego całym sobą wchodzimy w życie.

Kochamy.

Próbujemy.

Popełniamy błędy.

Naprawiamy, co możemy.

Odpuszczamy to, czego naprawić się nie da.

Tworzymy.

Śmiejemy się.

Jesteśmy.

A kiedyś ktoś być może będzie siedział na naszym pogrzebie i próbował ułożyć sobie w głowie, kim dla niego byliśmy.

Nie mamy wpływu na wszystko, co wtedy poczuje.

Ale mamy wpływ na to, co zostawiamy w ludziach już dzisiaj.

Chciałabym zostawić po sobie dobro.

Nie idealne życie.

Nie życie bez błędów.

Życie prawdziwe. W zgodzie ze sobą. Pełne ludzi, którym nie bałam się powiedzieć, że są dla mnie ważni. Pełne prób, nawet tych nieudanych. Pełne chwil, w których naprawdę byłam obecna.

Bo ostatecznie może nie chodzi o to, żeby pokonać przemijanie.

Może chodzi o to, żeby kiedyś móc spojrzeć na swoje życie i pomyśleć:

nie czekałam cały czas na później.

Byłam tutaj. Kochałam. Żyłam.

Napisz komentarz. Chętnie przeczytam, co dzieje się w Twojej Głowie!