Dzień, w którym ponownie zostałam kocią mamą


Dzisiaj pojechałam po kota. Razem z rodziną.

To była cała wyprawa. Córka nie mogła usiedzieć w miejscu, co chwilę pytała, kiedy już, kiedy w końcu zobaczy kotka. A potem, kiedy już go zobaczyła – chciała, żebym pokazywała go jej bez przerwy. Bez końca.


Musiałam jej wytłumaczyć coś, co dla dziecka nie zawsze jest oczywiste: że ta mała istotka się boi. Że jest zestresowana. Że została zabrana z miejsca, które znał, i nagle otoczyły ją nowe zapachy, obce głosy, nieznane twarze, obce ręce. Że strach, który ona teraz czuje, jest prawdziwy i trzeba go uszanować.


A mimo to – była dzielna. Nasza mała księżniczka. Nasza kocia córeczkę.


Mam dziecko i traktuję koty jak moje dzieci. I nie zamierzam się tego wstydzić. Od pierwszego przytulenia zakochałam się w tym kociaku bez reszty. I obiecałam jej – i pani, która miała ją pod swoim dachem w domu tymczasowym – że dam jej najlepszy dom, taki na jaki zasługuje. Nie tylko dla niej. Też dla tych wszystkich kotów i kociąt, które nigdy nie dostały takiej szansy.


To była piękna adopcja. I kolejna ważna lekcja – nie tylko dla mnie, ale myślę, że dla nas wszystkich: że miłość czasem zaczyna się od strachu drugiej istoty, a naszym zadaniem jest dać jej czas, przestrzeń i cierpliwość, zanim ten strach zamieni się w zaufanie.

Napisz komentarz. Chętnie przeczytam, co dzieje się w Twojej Głowie!