O tym, jak zostać pasażerem własnego życia

Surrealna scena wewnątrz kobiecej głowy: dwie postacie kobiet, jedna zakrywa oczy drugiej, prowadząc ją po świetlistej ścieżce w stronę celu, symbolizująca podróż w głąb siebie i samopoznanie.

Piosenka Passenger od dawna brzmi we mnie jak opowieść o drodze, którą przeszłam, by zawalczyć o siebie.

Chyba znalazłem sposób, by zachować równowagę.
Zapisuję swoje lęki na zielonych karteczkach.

Na początku był niepokój. Czułam, że moje życie mi nie pasuje. Chciałam czegoś więcej, choć nie umiałam jeszcze tego nazwać. Próbowałam „zapisywać lęki”, porządkować je, kontrolować.

Połykam swoje wątpliwości i patrzę, jak się starzeją.”

Ja też je połykałam. Tłumiłam. Odkładałam na później. Z czasem zrozumiałam, że wątpliwości nie znikają — dojrzewają razem z nami. Jeśli im się przyjrzymy, tracą swoją ostrość. Jeśli je zignorujemy, zaczną kierować naszym życiem.

Dawniej lata mijały powoli, bo stałam w miejscu. Żyłam w trybie przetrwania, reagowania, dopasowywania się. Byłam pasażerem.

Weź moje serce i duszę,
rozłóż mnie na części i zajrzyj do środka.”

Przyszedł moment, w którym musiałam to zrobić sama. Rozłożyć siebie na kawałki. Zajrzeć głęboko — do miejsc, których wcześniej wolałam nie dotykać. To były konkretne konfrontacje: z lękiem, z poczuciem braku, z niespełnieniem.

Potem przyszły błędy. Uczyniły mnie silniejszą, ale też bardziej kruchą. Nauczyły mnie, że równowaga nie polega na braku bólu. Polega na zdolności do jego uniesienia.

A później pojawiła się miłość. Taka, która zagląda „do środka”. Taka, przy której nie da się już udawać. Nie była tylko pocieszeniem — była lustrem. Otworzyła mi oczy i zmusiła do nieustannych konfrontacji z samą sobą.

„Powiedz mi, że to nie będzie bolało.
Teraz jestem twoim pasażerem.
Stary ja nie będzie działał.”

To zdanie długo było o mnie. Stara wersja mnie naprawdę już nie działała. Schematy, które znałam, przestały wystarczać, często przeszkadzały. Musiałam zdecydować: albo dalej siedzę na miejscu pasażera, albo przejmuję kierownicę.

Znalazłam sposób, by pracować nad równowagą. Piszę o tym, co czuję. Nazywam to, za czym tęsknię. Uczę się mówić o tym, co uważam za ważne i piękne. Wypełniam głowę marzeniami, których „nie mogę zatrzymać”.

Dziś wiem jedno: dawna ja już nie działa — stała się pasażerem.

Teraz to ja kieruję swoim życiem.

Możesz sprawić, że będę zrównoważony, ale nie możesz sprawić, że będę kompletny.”

Zrozumiałam, że kompletność nie polega na wymazaniu przeszłości. Spłacam dziś dług wdzięczności wobec siebie — za to, że nie pozwoliłam sobie się poddać. Za to, że zawalczyłam o nas. To bolało, bo musiałam zaakceptować to, co minęło. Ale bez tego nie byłabym całością.

Czasem czujemy, że nasze życie nam nie pasuje. Że nie tego oczekiwaliśmy. W takich chwilach warto posadzić swoje dotychczasowe „ja” na miejscu pasażera. Odstawić na bok wszystko, co o sobie wiemy. Zajrzeć w głąb i szczerze pogadać o smutku, bólu i wątpliwościach.

Równowaga nie polega na ciszy w głowie. Polega na odwadze, by usłyszeć to, co w niej krzyczy.

Wszystko, czego potrzebujemy, by coś zmienić, już w nas jest. Trzeba tylko odważyć się wyruszyć w tę trudną podróż i zmierzyć z tym, co najchętniej zostawilibyśmy w ukryciu.

Nie jesteś pasażerem swojego życia.
Kierownica wciąż jest w twoich rękach.

A teraz powiedz mi —
w którym miejscu swojej drogi jesteś dziś?

Czy nadal siedzisz na miejscu pasażera?
Czy już trzymasz kierownicę, ale boisz się przyspieszyć?

Zostań na chwilę w ciszy.
Posłuchaj siebie.

Może właśnie teraz jest moment, żeby ruszyć.

Napisz komentarz. Chętnie przeczytam, co dzieje się w Twojej Głowie!