Pomarańczowy, za zielonym ogrodzeniem. Z dużym podwórkiem pełnym drzew owocowych. Moje miejsce na Ziemi. Spędziłam tam całe dzieciństwo. Jego ściany widziały moje łzy i uśmiechy; otaczały mnie, gdy się bałam, bawiłam, dorastałam. Już go nie ma, a ja tęsknię aż do bólu.
Pamiętam każde pomieszczenie — zapachy, emocje. Pamiętam twarz Dziadka w oknie ganku. W głowie wciąż słyszę, jak wołał: „Małgosiu, chodź na maliny!” Czuję zapach kwitnących wiosną czereśni i widzę płatki niesione przez wiatr. Na języku wciąż noszę smak najpyszniejszych na świecie winogron. Każde wspomnienie rozrywa mi serce i zalewa oczy łzami. Nie potrafię przestać tęsknić — za moim pokoikiem na strychu, za huśtawką, którą zbudował dla mnie Dziadek, za ciepłem, które mnie otulało, gdy napalił w piecu, za zapachem kawy Tchibo i za szorstkimi dłońmi, które czule łapały mnie za nos. Za łóżkiem z miękkościami, pomarańczowym salonem, zielonym korytarzem, łazienką, która spłonęła, za hamakiem rozpostartym między czereśnią a śliwką, za altanką — oczkiem w głowie Dziadka. Za smakiem owoców zerwanych prosto z krzaka, za zapachem skoszonej trawy.
Dziadek odszedł. Dom został sprzedany. Nie pożegnałam się, nie zabrałam wielu rzeczy. Nie potrafię sobie wybaczyć, że bywałam tam coraz rzadziej, a ostatniego dnia byłam taka obojętna. Teraz ma inny kolor: winogrona zniszczono, czereśnię wycięto, altankę przeniesiono. Jest domem dla kogoś innego, choć wybudował go mój Dziadek. Tam stawiałam pierwsze kroki, tam powiedziałam pierwsze słowo, tam wyprawiałam urodziny, tam płakałam w poduszkę i tam odzyskiwałam spokój w trudnych momentach. Dziadek woził mnie w taczce, hejtał, zbieraliśmy stonki. Nie wszystkie chwile były piękne; niektóre były trudne, ale każda była ważna i ukształtowała mnie. Zostawiłam tam kawałek serca, a ta rana nie chce się zagoić. Chcę tam wrócić, jeszcze raz go zobaczyć, ale nie potrafię się na to zebrać — odkładam to w nieskończoność. Boję się emocji, które mnie ogarną; boję się smutku i żalu, że wszystko wygląda inaczej.
Najpierw wyparłam ten ból, ale on wrócił — bo przed bólem nie ma ucieczki. Albo się z nim zmierzysz, albo będziesz uciekać, a on i tak w końcu cię dogoni. Muszę pozwolić sobie na żałobę. Zrozumiałam, że żałobę można nosić nie tylko po ludziach, lecz także po miejscach, które się kochało. A ja kochałam mój Dom z całych sił. Kocham go nadal i pewnie nigdy nie przestanę. Mam teraz dwa inne domy, ale kiedy myślę „Dom”, w mojej głowie pojawia się On. Śni mi się; wspomnienia nachodzą mnie nieustannie.
Minęły cztery lata. Za pieniądze ze sprzedaży udało się kupić mieszkanie, które pozwoliło mi założyć wymarzoną rodzinę. Jestem za to ogromnie wdzięczna, a mimo to nie umiem się pogodzić z myślą, że moja córka nie pozna mojego Domu. Nie wiem, czy istnieje życie po śmierci, ale jeśli tak — wierzę, że gdy umrę, wrócę do domu. Wszyscy tam będą czekali. Dziadek zrobi dla mnie pieczarki i buraczki, kupi chleb tygrysek i przywita mnie słowami: „Dzień dobry, ja jestem skobry, a pani skąd?” Lubię tak myśleć. Pielęgnuję w sobie nadzieję, że to wszystko nie odeszło na zawsze, że jeszcze kiedyś poczuję się jak w Domu.
Jeśli za czymś tęsknisz, nie umiesz pogodzić się ze stratą, pozwól sobie na ból. Płacz do woli, wylej tyle łez, ile potrzebujesz. Daj sobie czas, ale nie uciekaj. Ból nie jest Twoim wrogiem, on czyni Cię silniejszym.