Są piosenki, które do mnie mówią i trafiają w serce. Nie wiem dlaczego akurat ta, akurat teraz. Po prostu włączam i czuję, że potrzebowałam to usłyszeć.
Dla mnie taką piosenką stało się Funeral Dermota Kennedy’ego.
Ostatnio dużo mnie przytłacza. Towarzyszy mi ten rodzaj zmęczenia, który nie pochodzi z braku snu, a ciągłego dźwigania. Myśli, które same się nakręcają. Rzeczy, których nie powiedziałam. Ran, o których mówiłam sobie, że już się zagoiły.
Siedziałam pewnego wieczoru ze słuchawkami i nagle usłyszałam:
„Nic nie wiem o jutrze. Ledwo co wiem o dzisiaj.”
I coś we mnie drgnęło. W dobrym sensie.
Bo właśnie o to chodzi, prawda? Tyle energii marnujemy na martwienie się o przyszłość albo rozpamiętywanie przeszłości, że kompletnie gubimy się w chwili, w której jesteśmy. A teraźniejszość — to jedyne, co naprawdę mamy — ucieka nam.
Jak to pożegnać?
Myślałam przez długi czas, że “puszczanie” oznacza zapominanie. Że jeśli przestanę myśleć o czymś bolesnym, to znaczy, że to zostawiłam za sobą.
To nieprawda.
Wypieranie to nie wolność. Omijanie bólu to nie uzdrowienie. To tylko odkładanie go na później — a on wraca, zawsze wraca, często silniejszy niż przedtem.
Jest coś głęboko mądrego w tym, co Kennedy śpiewa:
„Urządziliśmy pogrzeb dla bólu serca. Zakopaliśmy troski. Nie zamierzamy już wracać.”
Pogrzeb. Nie ucieczka. Nie wymazanie. Pogrzeb.
Żeby pójść dalej, musisz to najpierw pochować. Musisz stanąć nad tym bólem, spojrzeć mu w twarz, przeżyć żałobę — i dopiero wtedy, gdy naprawdę przez to przejdziesz, możesz odejść wolna.
Nie ma drogi na skróty. Nie ma opcji “pomiń”. Potrzebujesz przez to przejść, żeby dalej iść lżejsza.
Dlaczego poszłam po pomoc?
Zrozumiałam, że sama tego nie przeprowadzę. Że potrzebuję kogoś, kto pomoże mi zorganizować ten pogrzeb. Kto będzie świadkiem mojej żałoby.
Dlatego poszłam na terapię.
Nie piszę tego, żeby to ładnie brzmiało. Piszę, bo wiem, że wiele z was siedzi teraz z tym samym ciężarem i wmawia sobie, że powinnam dać radę sama. Że inni mają gorzej. Że to “nie jest powód, żeby iść do kogoś”.
Jest. Jesteś tym powodem.
Terapia to nie przyznanie się do słabości. To decyzja, żeby podpalić swoje smutki i patrzeć, jak giną w płomieniach — zamiast dusić je w sobie latami.
Jeśli coś cię dziś trzyma w miejscu.
Zapytaj siebie szczerze: co jeszcze nie zostało pochowane? Co nosisz w sobie, udając, że już tego nie ma?
Może to stara wersja ciebie, którą już nie jesteś, ale wciąż jej żałujesz.
Może to relacja, która się skończyła, ale nigdy jej nie opłakałaś.
Może to marzenie, z którego zrezygnowałaś bez ceremonii pożegnania.
Jeśli chcesz iść dalej — musisz to pogrzebać. To, co cię trzyma. To, co cię blokuje. To, co cię powstrzymuje.
Nie zapominaj. Nie omijaj. Pożegnaj.
I dopiero wtedy — idź.