Po publikacji tekstu „Stawiam na siebie” dostałam wiele wiadomości. Jedne pełne wdzięczności, inne krytyczne. I dobrze. To znaczy, że dotknęłam czegoś istotnego.
Zatrzymałam się jednak nie po to, żeby się bronić. Zatrzymałam się, żeby dopowiedzieć coś ważnego. Coś, co – mam wrażenie – wciąż bywa mylone, upraszczane albo spychane na margines.
Bo wrażliwość wciąż bywa traktowana jak przeszkoda w życiu. Jak coś, co trzeba „zahartować”, „przepracować”, „naprawić”. Jak cecha, która nie pasuje do świata.
A ja wierzę w coś dokładnie odwrotnego.
Dom nie jest symulacją świata
Świat bywa trudny. Oceni. Porówna. Wystawi na próbę. Wiem to doskonale.
Właśnie dlatego dom nie może być jego kopią.
Dom nie jest rynkiem pracy. Nie opiera się na hierarchii. Nie jest miejscem, w którym dziecko musi nieustannie udowadniać swoją wartość.
Dom jest miejscem, gdzie buduje się fundament.
To tam uczymy się, co wolno nam czuć. Czy wolno nam się pomylić. Czy możemy być sobą, zanim nauczymy się być „skuteczni”.
Miłość do siebie nie polega na wmawianiu sobie, że świat zawsze będzie łagodny. Polega na tym, że kiedy świat nie jest łagodny – nie stajemy przeciwko sobie.
Wrażliwość nie wyklucza siły
To jeden z największych mitów, z jakimi dorastamy.
Że jeśli jesteś wrażliwa, to jesteś słaba. Że jeśli czujesz mocniej, to sobie nie poradzisz. Że jeśli patrzysz na świat sercem, to prędzej czy później ktoś cię „zweryfikuje”.
Wrażliwość to nie brak odporności. Wrażliwość to zdolność odbioru.
To umiejętność zauważania sygnałów – w sobie i w innych. To kontakt z emocjami, który pozwala regulować napięcie, a nie je wypierać. To świadomość własnych granic, zanim zostaną brutalnie przekroczone.
Prawdziwa siła nie polega na tym, że nic nie czujesz. Prawdziwa siła polega na tym, że czujesz – i mimo to działasz.
Miłość do siebie to nie ucieczka od rzeczywistości
Miłość do siebie bywa mylona z odklejeniem. Z afirmacjami bez pokrycia. Z udawaniem, że świat nas nie dotyczy.
Dla mnie to coś zupełnie innego.
Miłość do siebie to traktowanie siebie jak najlepszego przyjaciela.
Takiego, który:
- nie obraża cię za porażki,
- nie podcina skrzydeł, gdy jest trudno,
- ale też nie okłamuje cię co do rzeczywistości.
To postawa: „Widzę, że jest ciężko. Widzę, że świat stawia wymagania. I jestem po twojej stronie, kiedy uczysz się im sprostać.”
Nie przeciwko światu. Tylko razem z nim.
Czego naprawdę potrzebują dzieci (i my same)
Dziecko, które czuje się bezwarunkowo akceptowane w domu, nie staje się oderwaną „wyspą”.
Staje się kimś, kto:
- ma odwagę próbować,
- nie rozpada się po pierwszym niepowodzeniu,
- potrafi przyjąć krytykę bez utraty poczucia własnej wartości.
Bo wie, że jego wartość nie znika wtedy, gdy świat mówi „nie”.
Z takiego miejsca łatwiej się uczyć, rozwijać, budować kompetencje i relacje.
Nie z lęku. Z wewnętrznego oparcia.
Ten tekst jest dla kobiet w drodze
Nie piszę tego do wszystkich.
Piszę do kobiet, które:
- uczą się patrzeć na siebie łagodniej,
- wychowują dzieci i jednocześnie przepracowują własne historie,
- próbują pogodzić czułość z siłą.
Jeśli przez lata słyszałaś, że jesteś „za bardzo” – za wrażliwa, za emocjonalna, za miękka – chcę powiedzieć jedno:
To nie jest wada.
To zasób.
Wrażliwość nie przeszkadza żyć. Nie powinnaś jej tłumić.
A miłość do siebie nie oddziela nas od świata. Pozwala do niego wyjść bez porzucania siebie.
I tego właśnie chcę uczyć. Najpierw siebie. Potem moje dziecko.
Nie po to, by świat stał się łatwy. Ale po to, byśmy miały w sobie miejsce, do którego zawsze możemy wrócić. I, gdzie zawsze możemy być sobą.
A Ty?
Potrafisz dziś spojrzeć na siebie z miłością?
