Stawiam na siebie. O nauce wyboru siebie ponad wszystko

Stawiam na siebie.
Nie dlatego, że świat mnie do tego zmusił.
Nie dlatego, że jestem egoistką.
Ale dlatego, że w końcu zrozumiałam, że powinnam być dla siebie numerem jeden.

Najlepszą przyjaciółką. Tą, która nie odpuszcza, gdy robi się trudno. Tą, która mówi prawdę, ale z czułością. Razem uczymy się życia bez spełniania cudzych oczekiwań, bez odgrywania ról. Bo to życie jest nasze. 

Jestem taka, jaka jestem.
I chcę być taka, jak mi dobrze.
Taka, jak czuję.


Rodzicielskie wizje a wolność dziecka

Rodzice niemal zawsze noszą w sobie jakąś wizję swojego dziecka. Marzenia, wyobrażenia, ciche „chciałabym, żeby…”. To ludzkie.
Ale jeśli miałabym zostawić tylko jedną, najważniejszą intencję, byłaby prosta: chciałabym, żeby moje dziecko było zdrowe, szczęśliwe, spełnione i zadowolone z życia.

Jeśli nikogo przy tym nie skrzywdzi — będę dumna z każdej jego decyzji.
Z każdej drogi, którą wybierze.
Mogę się nie zgadzać. Mogę chcieć inaczej.
Ale pozwalam mu wybierać i wspieram, by doszło jak najwyżej, jak najdalej — po swojemu.


Najważniejsza lekcja, jaką możesz dać dziecku

Naucz swoje dziecko:

  • stawiać na siebie,
  • ufać sobie,
  • wierzyć w siebie,
  • marzyć,
  • być sobą.

Naucz je być z siebie dumnym.
Doceniać się.
Akceptować porażki.
Być dla siebie wyrozumiałym.

Bo najważniejszą lekcją, jaką możesz mu dać, jest miłość do samego siebie.
Ukochanie swoich mocnych i słabszych stron.
Patrzenie na siebie z uczuciem, z sercem.
Wiara, że „mogę” i że „zasługuję”.

Twoja córka wyrośnie na silną i świadomą kobietę, jeśli nauczysz ją podążać za swoimi potrzebami, kochać siebie i znać swoją wartość.
A jej wartość jest najwyższa.


To nie egoizm. To odwaga.

Stawianie na siebie nie ma nic wspólnego z arogancją.
Nie chodzi o bycie zapatrzonym w siebie egoistą.
Chodzi o cenienie siebie wysoko i o odwagę, by iść przez życie w zgodzie ze sobą.

Świat uczy dziewczynki, że mają być:
ładne,
zgrabne,
grzeczne,
i najlepiej bez wad.

A ja mówię: możesz być, jaka chcesz.
Bo to ty najlepiej wiesz, czego potrzebujesz.

I dopiero ten, kto kocha cię za to, kim naprawdę jesteś — także wtedy, gdy bywasz trudna — jest tym, kto naprawdę na ciebie zasługuje.


Co mówisz swojej córce — staje się jej głosem

Mów swojej córce, że jest:
piękna,
mądra,
ważna.

Że taka, jaka jest, jest wystarczająca.
Że dopóki czuje się dobrze w swojej skórze, nie musi się zmieniać.
Nie musi nikogo zadowalać.
Ma iść za swoim wewnętrznym głosem — bo on należy do niej.

Świat bywa trudny. Bywa okrutny.
Ale są w nim też miejsca na piękno.
I ona wypełni je najlepiej właśnie sobą.


Stawiam na siebie — bo ktoś się tego ode mnie uczy

Twoje życie jest twoje.
Przeszłość ma na nie wpływ, ale dopóki stawiasz na siebie — masz szansę.

Stawiam na siebie, bo siebie kocham.
Ale zanim dziecko nauczy się kochać siebie, obserwuje ludzi, którzy je kochają.
I uczy się miłości z tego, jak oni kochają siebie.

Jeśli nie nauczono cię tego wcześniej — nauczysz się sama.
Wierzę w ciebie.

Będzie trudno.
Będą momenty zwątpienia.
Ale gdy zobaczysz, jak się zmieniasz, będziesz chciała iść dalej.

Twoje dziecko pokaże ci:
czego masz za dużo,
czego ci brakuje,
nad czym warto popracować.

Uczycie się siebie nawzajem.
Nie z pozycji wyżej — jesteście równi.
Ty dbasz o granice. Ty masz więcej doświadczenia.
Ucz i pozwól się uczyć.

Dziecko daje najpiękniejsze i najtrudniejsze lekcje.
To twój skarb. Chroń go najlepiej, jak umiesz.

W ten nowy rok stawiam na siebie.
Każdego dnia — nawet jeśli to trudne.
Bo ktoś mały uczy się tego ode mnie.

6 uwag do wpisu “Stawiam na siebie. O nauce wyboru siebie ponad wszystko

  1. Wpis jest manifestem atomizacji społecznej. Promuje wizję dziecka jako „samowystarczalnej wyspy”, co jest sprzeczne z ludzką naturą. Prawdziwa siła nie płynie z „kochania siebie” w próżni, ale z umiejętności operowania wewnątrz grupy, rozumienia swojej pozycji w hierarchii i budowania koalicji poprzez kompromis – o czym autorka całkowicie zapomina.

    Polubienie

    1. Ten tekst nie promuje atomizacji ani „samowystarczalnych wysp”. Dotyczy budowania wewnętrznego punktu odniesienia, bez którego relacje i funkcjonowanie w grupie często odbywają się kosztem siebie.
      Miłość do siebie nie wyklucza wspólnoty, kompromisu ani współdziałania — jest warunkiem uczestnictwa w nich w sposób świadomy, a nie podporządkowany. Dziecko, które zna swoją wartość, nie przestaje być społeczne; uczy się wchodzić w relacje bez utraty granic.
      Rozumiem, że patrzymy na ten temat z różnych perspektyw. Ta przestrzeń jest poświęcona właśnie tej — i przy niej pozostaję.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Dziękuję za tę odpowiedź. Warto jednak zauważyć, że deklaracja: „pozostaję przy swojej perspektywie”, w obliczu merytorycznych argumentów o strukturze społecznej, jest w istocie doskonałym dowodem na opisywaną przeze mnie atomizację. To zamknięcie się na krytyczną analizę własnego toku myślenia w imię komfortu posiadania racji.
        Moim celem nie jest negowanie poczucia własnej wartości, ale wskazanie na ryzyko, jakie niesie Twoja definicja „miłości do siebie”. Miłość, która opiera się wyłącznie na wewnętrznych afirmacjach, a ignoruje rzeczywistość zewnętrzną, nie jest dla dziecka wsparciem, lecz pułapką.
        Dziecko „zauroczone” przez matkę wizją własnej najwyższej wartości, prędzej czy później zderzy się z brutalną weryfikacją:
        1. Na rynku pracy: Pracodawcy i klienci nie będą pytać o jej „wewnętrzny głos”, ale o to, jaki problem potrafi rozwiązać skuteczniej niż inni. Wartość rynkowa jest obiektywna i zewnętrzna, a nie deklaratywna.
        2. W relacjach: Świat nie składa się z ludzi, którzy będą patrzeć na nią „z sercem”. Spotka mężczyzn i kobiety, którzy ocenią ją przez pryzmat jej przydatności, atrakcyjności i kompetencji społecznych.
        Prawdziwa samoocena i „miłość do siebie” buduje się na fundamencie sprawstwa – na tym, że potrafię coś zrobić dla grupy, że jestem potrzebny i skuteczny. Uczenie dziecka, by patrzyło głównie na siebie, a nie na hierarchię i potrzeby stada, to odbieranie mu narzędzi do realnego przetrwania w świecie, który nie jest „czuły”, lecz konkurencyjny.
        Świat to twarda szkoła. Można w niej być „sobą” tylko wtedy, gdy najpierw zrozumie się zasady gry i nauczy wnosić wartość, którą inni zechcą kupić lub uszanować. Same słowa o byciu „wystarczającą” nie zastąpią kompetencji w radzeniu sobie z cudzą oceną.

        Polubienie

      2. Dziękuję za rozwinięcie myśli. Widzę, że konsekwentnie porusza się Pan w paradygmacie funkcjonowania jednostki w strukturach społecznych, rynku i hierarchii — i w tym obszarze wiele z tych obserwacji jest trafnych. To jednak nie jest poziom, na którym ten tekst się porusza.
        Mój wpis nie neguje rzeczywistości zewnętrznej, kompetencji, sprawstwa ani konieczności radzenia sobie z oceną. Dotyczy fundamentu emocjonalnego, bez którego bardzo często kompetencje i „przydatność” budowane są kosztem siebie, w lęku, w nadmiernym dopasowaniu albo w chronicznym poczuciu bycia niewystarczającym — niezależnie od obiektywnych osiągnięć.
        Miłość do siebie, o której piszę, nie polega na afirmacjach w próżni ani na zaprzeczaniu realiom świata. Polega na tym, by wartość człowieka nie była uzależniona wyłącznie od zewnętrznej walidacji, rynku czy hierarchii. To nie znosi potrzeby kompetencji — to pozwala je budować bez wewnętrznego rozpadu.
        Dziecko, które zna swoją wartość, nie jest „zauroczone wizją własnej wyjątkowości”. Jest mniej podatne na destrukcyjne formy oceny, lepiej znosi porażki i potrafi uczyć się zasad gry bez utożsamiania swojej godności z chwilową pozycją w stadzie. To właśnie z takiego miejsca łatwiej rozwijać sprawstwo, a nie z lęku przed byciem niewystarczającym.
        Nie uczę dzieci ignorowania świata. Uczę, że świat — także ten konkurencyjny — nie ma monopolu na definiowanie ich wartości jako ludzi.
        Szanuję Pana perspektywę, ale pozostaję przy swojej, ponieważ dotyczy innego poziomu doświadczenia: emocjonalnego i rozwojowego, a nie wyłącznie strukturalnego. I dokładnie temu poświęcony jest ten blog.

        Polubienie

      3. Dziękuję za tę odpowiedź, jednak muszę zauważyć, że próba rozdzielenia „poziomu emocjonalnego” od „strukturalnego” jest zabiegiem sztucznym i, w mojej ocenie, służy jedynie uniknięciu konfrontacji z faktami. W rzeczywistości te dwa poziomy są nierozerwalne – nasze emocje są ewolucyjną odpowiedzią na naszą pozycję w strukturze społecznej.

        Moim zdaniem w Pani argumentacji stawia Pani wóz przed koniem. Twierdzi Pani, że „fundament emocjonalny” musi uprzedzać kompetencje, podczas gdy badania z zakresu psychologii rozwojowej (m.in. Alberta Bandury nad poczuciem własnej skuteczności – self-efficacy) wskazują na coś odwrotnego. Stabilna samoocena nie rodzi się z wewnętrznych zapewnień o własnej wartości, ale z tzw. mastery experiences – czyli z realnego doświadczania sprawstwa i sukcesów w zderzeniu z wymaganiami świata. Uczenie dziecka, że jest „wystarczające” bez odniesienia do jego realnych działań i kompetencji społecznych, tworzy kruchą strukturę, która rozpadnie się przy pierwszym poważnym teście rynkowym czy relacyjnym.

        Ucieczka w sferę czysto „emocjonalną” jest również sprzeczna z biologią naszego gatunku. Jesteśmy zwierzętami stadnymi i hierarchicznymi. Nasz układ nerwowy i gospodarka hormonalna (serotonina, dopamina) są bezpośrednio sprzężone z zewnętrzną walidacją i naszą przydatnością dla grupy. Sugerowanie, że można zbudować wartość „niezależną od hierarchii”, jest kreśleniem pojęć sprzecznych z mechanizmami przetrwania. To nie jest „inny poziom doświadczenia” – to ignorowanie fundamentów ludzkiej natury.

        Na koniec, Pani stwierdzenie o „pozostawaniu przy swojej perspektywie” w obliczu merytorycznych kontrargumentów tylko potwierdza moją tezę o atomizacji. Jeśli odcinamy się od logicznej analizy struktur społecznych na rzecz „własnego czucia”, to właśnie uczymy dziecko, jak budować wspomnianą „samowystarczalną wyspę”. Prawdziwa odporność psychiczna nie bierze się z izolowania swojej wartości od oceny świata, ale z umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z tą oceną i wygrywania w realnych, a nie tylko wyobrażonych strukturach.

        Szkoda, że w imię „emocjonalnego komfortu” rezygnuje Pani z przygotowania dziecka na twarde reguły gry, które i tak je spotkają, niezależnie od tego, jak bardzo będzie przekonane o swojej „wewnętrznej najwyższej wartości”.

        Polubienie

      4. Dziękuję za tak rozbudowany głos. Widzę, że patrzy Pan na ten temat z perspektywy badań, biologii i funkcjonowania jednostki w strukturach społecznych — i w wielu punktach zgadzam się, że świat jest wymagający, hierarchiczny i oparty na realnym sprawstwie.
        Mój tekst nie jest jednak analizą naukową, manifestem ideologicznym ani próbą podważania dorobku psychologii rozwojowej. Napisałam go z poziomu doświadczenia emocjonalnego, a nie teorii — jako matka i jako kobieta, która wie, jak bardzo człowiek może się zagubić, jeśli nigdy nie nauczy się patrzeć na siebie z życzliwością.
        Nie uczę dziecka ignorowania świata ani kompetencji. Uczę je, że w domu jest akceptowane takie, jakie jest, że jego wartość jako człowieka nie znika w momentach porażki, oceny czy odrzucenia. To nie ma zastępować sprawstwa — ma być bezpiecznym punktem wyjścia, do którego można wrócić.
        Doskonale wiem, jaki jest świat. Właśnie dlatego uważam, że dziecko potrzebuje miejsca, w którym nie musi na swoją wartość „zasługiwać”.
        Na tym poziomie chcę ten tekst pozostawić. Szanuję Pana perspektywę, ale nie będę dalej prowadzić tej dyskusji, bo nie piszemy o tym samym.
        Dziękuję za rozmowę.

        Polubienie

Napisz komentarz. Chętnie przeczytam, co dzieje się w Twojej Głowie!